... czyli Góry Świętokrzyskie po raz pierwszy.
Ale to wszystko tam naprawdę jest nieważne... w końcu czekają mnie już tylko trzy godziny w pociągu z nawalającym ogrzewaniem...
...i jestem w raju :P
NO BO NIBY
GDZIE INDZIEJ ZNALAZŁABYM DWÓJKĘ TAK
WSPANIAŁYCH LUDZI?!?!?
Hasło wypadu:
WPYCHANIE PĄCZUSIA:)
(Napisałam, widzisz Martyna?
Masz mnie nie bić!!!)
Już w trójkę docieramy autem do Świętej Katarzyny (żadna komunikacja publiczna nie chce nas zabrać) i ruszamy czerwonym szlakiem do Kakonina. Po drodze "zdobywamy" Łysicę jak przystało na porządne wiedźmy. Określenie "najwyższy szczyt" jednak zupełnie do niej nie pasuje. Z wyprawy wyszedł leniwy spacer w urokliwej okolicy.
"Chodzą ulicami ludzie;
maj przechodzą, lipiec, grudzień...
Zagubieni wśród ulic bram;
przemarznięte grzeją dłonie,
dokądś pędzą, za czymś gonią
i budują wciąż domki z kart.
A tam w mech odziany kamień,
tam zaduma, wiatru granie,
tam powietrze ma inny smak.
Porzuć kroków rytm na bruku
spróbuj znajdziesz jeśli szukać...
Zechcesz, nowy świat, własny świat!
Płyną ludzie miastem szarzy;
pozbawieni złudzeń, marzeń...
Omijają wciąż główny nurt,
kryją się w swych norach krecich
i śnić nawet o karecie,
co lśni złotem nie potrafią już."
/Tomasz Wachnowski/
.jpg)