wtorek, 9 grudnia 2014

Wyprawa zgliszcz...

... czyli Góry Świętokrzyskie po raz pierwszy.

Naprawdę nie mam pojęcia jak wpadłam na tak irracjonalny pomysł, że czwarta rano to idealna pora by rozpocząć sobotę. Chyba tylko cudem zdaję test na siłę woli i zwlekam się z łóżka. Wciąż lekko rozerwana pomiędzy otaczającą mnie rzeczywistością, a ulotną krainą snu, ślizgam się po zamarzniętym chodniku, nucąc "Czarny blues o czwartej nad ranem". Miliony warstw ubrań dość mocno ograniczają moje ruchy, upodabniając do czarnego bałwana. Wspomnienia zeszłej niedzieli i propaganda o temperaturze w kieleckim robią swoje (jak się okazuje później zupełnie niepotrzebnie).

Ale to wszystko tam naprawdę jest nieważne... w końcu czekają mnie już tylko trzy godziny w pociągu z nawalającym ogrzewaniem...
...i jestem w raju :P






 NO BO NIBY 
GDZIE INDZIEJ ZNALAZŁABYM  DWÓJKĘ TAK 
WSPANIAŁYCH LUDZI?!?!?





Hasło wypadu: 
WPYCHANIE PĄCZUSIA:)
(Napisałam, widzisz Martyna? 
Masz mnie nie bić!!!)







Już w trójkę docieramy autem do Świętej Katarzyny (żadna komunikacja publiczna nie chce nas zabrać) i ruszamy czerwonym szlakiem do Kakonina. Po drodze "zdobywamy" Łysicę jak przystało na porządne wiedźmy. Określenie "najwyższy szczyt" jednak zupełnie do niej nie pasuje. Z wyprawy wyszedł leniwy spacer w urokliwej okolicy.

"Chodzą ulicami ludzie;
maj przechodzą, lipiec, grudzień...
Zagubieni wśród ulic bram;
przemarznięte grzeją dłonie,
dokądś pędzą, za czymś gonią
i budują wciąż domki z kart.

A tam w mech odziany kamień,
tam zaduma, wiatru granie,
tam powietrze ma inny smak.
Porzuć kroków rytm na bruku
spróbuj znajdziesz jeśli szukać...
Zechcesz, nowy świat, własny świat!

Płyną ludzie miastem szarzy;
pozbawieni złudzeń, marzeń...
Omijają wciąż główny nurt,
kryją się w swych norach krecich
i śnić nawet o karecie,
co lśni złotem nie potrafią już."
/Tomasz Wachnowski/

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Dobre złego początki

Myśli, niby zamki z piasku, burzy czas... Wspomnienia rozmazują się mgliście... Po kolejnej wędrówce pozostaje jedynie krótki wpis w książeczce PTTK (a i to tylko po tych górskich) i parę zdjęć, które często trudno skojarzyć z datą, a nieraz nawet i z miejscem. Dlatego tworzę ten blog. Jako formę buntu, sprzeciwu względem ulotności wspomnień...

I pierwszy wpis dzień po Złazie Kampinowskim im. A. Harskiego.
Myśl przewodnia: Zimno, zimno, ZIMNO...
Przyśpieszamy więc, by rozgrzać się choć trochę. Na krótkich postojach błogosławimy ciepłą herbatę i torturujemy się ściąganiem rękawiczek. Jednak nawet niska temperatura nie jest w stanie przyćmić uroku otaczającej nas puszczy. Zmarznięte bagna przeplatają się z piaszczystymi ścieżkami, by doprowadzić nas do Palmir.
Zatrzymujemy się wsłuchując w głośny krzyk ciszy.


"Jeszcze rosną drzewa, które to widziały,
Jeszcze ziemia pamięta kształt buta, smak krwi.
Niebo zna język, w którym komendy padały,
Nim padły wystrzały, którymi wciąż brzmi."
 /Jacek Kaczmarski/

Zdjęcia wyk. Helena Bogdanowska z SKPB.

Po kolejnych kilkunastu kilometrach w końcu trafiamy na Polanę Opaleń, gdzie kusząco płonie ognisko. Jednak nawet ono nie przekonuje do dłuższego pobytu w tym chłodzie. Ekspresowe pieczenie kiełbasy "śląskiej" (czyli spalonej na węgiel) i szybkie pokonanie ostatniego odcinka na autobus, który przyjeżdża idealnie w chwili gdy docieramy na przystanek. 

Choć padałam ze zmęczenia po trzech pozarywanych nocach (Gniazdo Piratów, Maraton Filmowy i Andrzejki :)) to warto było wyrwać się z akademika w mroźny las.

Na koniec kadr z filmu "Bogowie". To naprawdę rewelacyjne uczucie oglądać w Warszawie dobry film, którego akcja toczy się głównie na Śląsku. Choć obraz zadymionego zagłębia niewiele ma wspólnego z "moim" Śląskiem, to pod wpływem tego, że jest najczęściej jedynym obrazem kojarzonym w Warszawie z tym województwem, staje się mi coraz bliższy.