poniedziałek, 30 stycznia 2017

Kawy i igrzysk!


                                                                                                                                                                                                                         Musi być do wyboru.
Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.
To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby.
Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,
czarne, wesołe, bez powodu pełne łez.
Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.
Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Słaba, ale udźwignie.
Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.
Czyta Jaspersa i pisma kobiece.
Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.
Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,
własne pieniądze na podróż daleką i długą.
tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.
Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.
Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha, albo się uparła.
Na dobre, na niedobre i na litość boską.

                                     /Wisława Szymborska/







Znów działam na niedoczasie, ale tym pozytywnym...
Zarywam noce, potem przesypiam dni. Błądzę z głową w chmurach, a potem naklejam plastry na otarte stopy i pocięte palce. Przecież nie byłabym sobą, gdybym była zbyt rozsądna.
Dobrze mi... z sobą...

sobota, 16 kwietnia 2016

Jak coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie. Ale to jest głupie, bo nie działa...

I znów kolejne dni uciekają przez palce. Czas wariat, w szalonych podskokach biegnie na złamanie karku. 
Otwieram oczy... 
Budzę się z zimowego snu... 
Jest kwiecień...

Pisaniem tu rządzi dziwna zasada, że im dłużej tego nie robię tym bardziej ciągnie mnie do pozostawienia ciągu liter, lecz jednocześnie, tym trudniej zacząć, uderzyć znów po raz pierwszy w klawiaturę. 
I tak styczniowe spięcia z pisaniem pracy, lutowy stres związany z obroną i zmianą studiów przeniosły się na prawie cztery miesiące nieobecności tutaj. I w końcu, po długiej mobilizacji miał wyjść post wielkanocny, ale złośliwość rzeczy martwych nie zna granic i karta pamięci odmówiła mi współpracy. Całkiem możliwe więc, że jeżeli uda mi się odzyskać zdjęcia to w maju zarzucę przestrzeń świątecznymi mazurkami. A tymczasem umieszczam zdjęcie kartki, która już dość dawno powędrowała w świat, a dokładniej do Katowic. Zdjęcia jak widać jakością nie powala. Trochę gryzie mnie duży rozmiar haftu i wynikający z tego brak innych elementów na kartce, ale i tak nitki układały się dość gęsto. Pomimo tej wady wzór mi się podoba i tutaj co średnio widać w wydaniu granatowym z czarnymi cekinami.

                                              "Znowu wieje
Ciemne chmury ciągną niebem a ja drogą
W sercu wicher już wymiata resztki Ciebie
         I tak idę znów przed siebie lecz gdzie - nie wiem

                                                Na granicy
                                                Stoję między snem a jawą i już nie wiem
    Co jest prawdą, co nie było - ciągle nie wiem
        Nawet słońce się schowało gdzieś w zaświatach

                                                Znowu na dół
  Jak do grobu gdzieś w doliny trzeba zstąpić
                                                I zapomnieć i porzucić lecz nie wątpić
       Że gdzieś słońce świeci, choć na końcu świata"
                                                                                       /Rozdziele - zwrotki/


Wszystkim czytającym polską fantastykę i zainteresowanym lub niedoinformowanym przypominam, że ruszyły nominacje do Nagrody im. Janusza A. Zajdla za rok 2015.
Sama trochę kuleję z czytaniem zeszłorocznych utworów i na razie zaledwie jedna powieść znajduje się na mojej liście do nominacji, ale mam nadzieję, że jeszcze coś do niej dołączy w ciągu tych dwóch miesięcy, które pozostały...

środa, 13 stycznia 2016

Noworoczne postanowienie

Pewnie nie schudnę w 2016 roku, nie zostanę rekinem biznesu, ani nie rzucę alkoholu.
Na pewno nie dołączę do Młodzieży Wszechpolskiej.
Nie zamierzam również zostać weganką (nawet na 30 dni), ani domem tymczasowym.
Nie zanosi się także bym miała ukończyć triathlon lub gonić z tłuczkiem za świnią w jakichkolwiek zamiarach...
Cóż, spójrzmy prawdzie w oczy. Zapewne nie znajdę sobie w ciągu najbliższych 366 dni faceta, a już na pewno nie zakocham się w :CyganieKościanie, Mrozińskim czy szwedzkim blondynie o pięknych oczach i pokaźnym koncie w banku...

Jak widać świeżo rozpoczęty rok już jest dla mnie całkowicie stracony. 
Najwyższy czas wiązać pętlę i hyc ze stołka czy też w inny sposób zakończyć marny żywot...

Odpuściłam sobie w tym roku te wszystkie wzniosłe postanowienia, które wypada robić i nie dotrzymywać. 
Może zwykle stawiamy na niewłaściwe rzeczy? Dlaczego niby noworoczne postanowienia nie mogą być przyjemne i przynajmniej dzięki temu dotrzymane?

Dlatego w tym roku:
  • pojadę na pięć konwentów
  • przeczytam książki fantastyczne pięciu dotąd nie czytanych przeze mnie autorów
  • kupię i nauczę się grać w pięć planszówek/karcianek
  • obejrzę filmy Marvela

Hmm... To będzie dobry rok :P


Zresztą  na poprzedni też nie mogę narzekać. 
A już na pewno nie, na jego zakończenie. Jak co roku, zaraz po świętach (27-28 XII) wypadliśmy w góry z SKKT BSP. 
Tym razem na Błatnią. Ruszyliśmy z pod Szyndzielni, przez Klimczok, by na drugi dzień zejść do Wapiennicy. 
W błocie, bez śniegu, za to z milionem wspomnień i białym opłatkiem. Trochę tych wspólnych wigilii w górach już było.
 Tu choćby zdjęcie z 2011 roku, na które natrafiłam przypadkiem przeglądając internetową kronikę Bielskiej Szkoły Przemysłowej. 

Musi wystarczyć, bo tegorocznych nie mam. 
Zresztą na tych spotkaniach czas się zatrzymuje...





"Od Giżycka na Warszawę nic już nie leciało,
Zasypało drogi wszystkie, do domu się chciało.
Na przystanku Pekaesu było napisane,
Że następny (w dni robocze) idzie szósta rano...

O Wigilii pod Mrągowem - jak było, opowiem!

Bóg się rodził, moc truchlała,
We wsi pies ujadał,
Schowaliśmy się pod daszek,
Śnieg padał i padał.

Dzięciołowski rzucił pomysł, żeby gdzie do wioski
Na wieczerzę się podmówić - ciągło nas do ludzi,
Więc my poszli na wariata, na skróty przez pole
Szukać miejsca w Wyszemborku przy wilijnym stole.

W Wyszemborku niestrachliwe, obcych się nie bali,
Jak ze swymi bielusieńkim płatkiem się łamali,
Tośmy siedli na przystawkę z pastorałką za przysługę,
Ja żem ciągnął pierwszym głosem, Dzięciołowski drugim:

Gruchnęła, gruchnęła nowina w mieście,
Co żywo co żywo wszyscy pospieszcie,
Idzie gość, idzie gość - Józef z Maryją
Z synaczkiem, z synaczkiem w ręku, z liliją..."

 Nieważne, że akcja dzieje się na Mazurach. Tekst ten zawsze już będzie mi się kojarzył z Beskidami. W tych "moich" górach pierwszy raz usłyszałam te słowa  i teraz za każdym razem to one stają mi przed oczami. Zaśnieżone, mroźne, świąteczne...

piątek, 18 grudnia 2015

"Zjechałeś z trasy"

    Jejku zalogowałam się do innego życia przez przypadek... tzn. zabierając się za ten post weszłam z rozpędu  na poprzedniego, zawieszonego przed ponad rokiem bloga, zaczęłam pisać i dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie tu i na dobrą chwilę tam ugrzęzłam... ale już się poprawiam. 
    
    Wstawiam kolejne mocno zaległe zdjęcia. Przynajmniej teraz, gdy trochę się lenię w Warszawie to mam pretekst, by tworzyć nowy post. A ostatnio dużo czasu spędzam na myśleniu, czytaniu i słuchaniu... Wsłuchuję się w, trochę naiwne, teksty kolejnych piosenek, czytam wiersze i odnajduję w nich siebie, a dokładniej tę trochę irracjonalną, sentymentalną i hmm... zbyt romantyczną część mnie, która zwykle chowa się gdzieś na dnie duszy i nie dochodzi do głosu. Jeśli jej nie przypilnuję i się przebija to robi się zbyt melancholijnie, czy wręcz depresyjnie, od czego dość mocno starałam się odciąć zamykając właśnie poprzedni blog... Więc może to moje przypadkowe wejście tam było jakimś znakiem, przebłyskiem podświadomości, czy ostrzeżeniem...
Ale najpierw konkret, o którym wspomniałam na początku, czyli zdjęcia tortu, który wykonałam jakiś miesiąc temu dla najcudowniejszego faceta na świecie - mojego taty:


Tort ajerkoniakowo-czekoladowo-kawowy. Ozdoby jak zawsze hand made, tym razem, tak jak najczęściej, z masy z budyniu, cukru pudru i masła barwionej barwnikami spożywczymi, do których mam słabość. Podobno nie da się być idealnym, więc nawet nie próbuję i nie zamierzam z tym walczyć. Ciasta jak życie, muszą mieć trochę kolorów...
Niestety drugie zdjęcie bardzo słabej jakości, ale to jedyne przedstawiające całokształt, jakie mam :)

No ok, usprawiedliwienie powstania tego postu już było, to teraz mogę już całkiem egoistycznie pisać bez sensu. Mam taką słabość, że nie umiem trzymać w sobie tego co chodzi mi po duszy. Czasem piszę za dużo i pozostaje mi wtedy nadzieja, że nikt nie czyta. Taki dziwny paradoks udostępniania rzeczy, które niekoniecznie chce się ujawniać.  Nie mam po prostu tej zdolności do stworzenia sobie wyidealizowanej, racjonalnej i w pełni uporządkowanej wersji mnie, a następnie ścisłego trzymania się tego by na zewnątrz prezentować tylko ją. Dlatego tak dużo tu zdań napisanych pod wpływem impulsu, tworzących może trochę niejednolity obraz mnie. Z drugiej strony nie chcę zaśmiecać wszystkim tablicy na fejsie, dlatego powstało to miejsce. No i tak długie teksty pisane egoistycznie dla samej siebie by tam nie przeszły. 

"Gdy frunąłem na miastem 
Prawie wcale nie czułem obawy 
Lewitować jest łatwo
Kiedy w usta całuje cię noc

Czy wiesz jak mam na imię
Cichy głos przesłuchanie prowadzi
Jakie ma to znaczenie
Jak nazywać cię mógł inny ktoś

Gdy Bóg nazwał dzień dniem 
Ten na dobre wyłonił się z mroku 
Gdybym teraz mógł nadać ci imię 
Sama wiesz, żeby nie było by dla nas odwrotu
 (...)
By zaplątać się w twoje włosy 
Kiedyś brakło odwagi 
Wiem, że wyrok już zapadł 
Odczytałem go z ruchu twych rąk"
                                                                 /SCOB - Nad rzeką/

   Początkowo miał tu być fragment zupełnie innej piosenki, która prześladuje mnie od kilku dni, ale te ostanie cztery wersy mocno skojarzyły mi się z kilkoma przeprowadzonymi rozmowami. 
   Hmmm... czasem jak czytam co piszę to sama nie wierzę, że jestem trzeźwa...

wtorek, 15 grudnia 2015

Już trzy lata... i kręci się dalej

    Pod koniec listopada uczestniczyłam w targach fantastyki. Tradycyjnie jako gżdacz. Jak już wejdzie to w krew to nie da się pozbyć, choćby nawet człowiek chciał. Tym razem trafiłam do sali spotkań, można powiedzieć: zadanie marzeń. Zresztą już od dłuższego czasu mam szczęście do dyżurów. I nawet udało mi się załapać do galerii udostępnionej na stronie wydarzenia :p . Właśnie stamtąd, z fotorelacji Amadeusza Andrzejewskiego, pochodzi poniższe zdjęcie.
    Frekwencja na targach szczerze mówiąc zaskoczyła mnie: 1300 uczestników z biletami + dzieci, które wchodziły bez biletów + wystawcy + goście i + my, czyli gżdacze. To więcej niż niejeden konwent i to z tych większych, a to dopiero pierwsza edycja Targów. Jak widać pomimo, iż w naszym światku dzieje się całkiem sporo, to wciąż jest zapotrzebowanie na kolejne "fantastyczne" wydarzenia. Tym bardziej smutno, że niektóre inicjatywy upadają. Choćby Warszawska Noc Apokalipsy, na której ostatnia edycję w 2013 roku udało mi się załapać, na chwilę i tylko przypadkowo i opuszczałam ją z mocnym postanowieniem pojawienia się na kolejnej edycji... 
    Ale wracając do Targów. Oprócz wystawców, którzy jak nazwa wskazuje, byli główną "atrakcją" wydarzenia, można się było załapać na games room, spotkania z autorami książek fantasy i science fiction, czy usłyszeć o ciekawych projektach z fantastyka związanych (Jak choćby o nagrodzie im. J Zajdla, czy nadchodzącym Polconie). Jako gżdacz wyszłam z Targów z bardzo pozytywną opinią o organizatorach. A to podejście do ludzi, z którymi współpracują ma dla mnie spore znacznie. Chyba zresztą z czasem coraz większe.
    No ok, trochę podsumowałam... ale skąd taki tytuł? Tak mnie wzięło na wspomnienia, gdy sączyłam kolejną kawę z targowego kubka... Trzy lata temu, z niewielkim hakiem, bo dokładnie 7-9 września 2012 roku, byłam na moim pierwszym konwencie. Nie wiedząc jeszcze z czym co się je, trafiłam na bielski Grojkon. Jako gżdacz oczywiście, choć wtedy jeszcze nie z zamiłowania, a z chęci zaoszczędzenia na wejściówce :p . Potem były różne konwenty, w różnych regionach kraju i z różną funkcją. Hmmm.... Uczestnikiem, gżdaczem i orgiem już byłam... Jeszcze zostało mi tworzenie programu. Trzeba to będzie nadrobić...
    Tak dziwnie wspominać czasy, gdy ten konwentowo- fantastyczny świat był mi zupełnie obcy. Choć do bycia starym wyjadaczem wciąż mi daleko, to ten świat jakoś tak po prostu powoli stał się moim. Aż trudno mi uwierzyć, ilu wspaniałych ludzi poznałam tylko dzięki grom, konwentom i innym około fantastycznym wydarzeniom.  Na co dzień się człowiek nad tym nie zastanawia, ale gdy teraz myślę, to jejku, większość moich znajomych pochodzi z tego środowiska. 
    Jak widać fantastyka wciąga :). Znacznie bardziej niż można by przypuszczać patrząc na nią z boku. I wiem jedno: nie żałuję, że dałam się jej porwać i mam nadzieję, że po rocznej przerwie, w 2016, znów będę mieć okazję gżdaczować na Grojkonie... a po drodze z pewnością jeszcze nie jeden konwent się pojawi, jeszcze nie raz siądziemy nad planszówką czy rozegramy sesję RPG...

poniedziałek, 30 listopada 2015

Orientuj się

Czyli mapa w łapki i do lasu...
Po dość dołującym zmaganiu z brakiem zainteresowania ze strony znanych mi ludzi udało się w końcu :) Wieczorem 21 listopada dotarliśmy w piątkę do bazy V Nocnych Manewrów SKPB. Dostaliśmy mapy, kartę na punkty i wyruszyliśmy w mrok. Początkowo pogada straszyła, pozorując deszcz, ale na szczęście udało się ją namówić do współpracy. Lekka mżawka, która towarzyszyła nam na starcie ustała, a zimno jak na końcówkę listopada również nie było zbyt dokuczliwe. Oczywiście po mistrzowsku udało się nam wpakować w maliny zaraz za pierwszym punktem, a chwilę później zgubić się kompletnie, ale po jakichś dwóch godzinach z niewielkim hakiem odnaleźliśmy się na mapie i potem poszło już z górki :)  

Trzy punkty przyszło nam ominąć w walce z czasem, w trzech trafiliśmy w punkty stowarzyszone, ale pomimo tego i niezbyt obiecującego początku, udało się nam zająć 20 pozycję wśród 50 zespołów startujących na trasie Beskidzkiej 1. Więc choć jest nad czym pracować w kwestii orientacji w lesie to jestem bardzo zadowolona, że:
a) Udało się nam nie zginąć.
b) Udało się nam trafić na metę.
c) Nie byliśmy ostatni ani na mecie, ani na liście wyników.
No i najważniejsze:  rewelacyjnie bawiliśmy się szukając kolejnych punktów wśród drzew.
Później na mecie można było ogrzać się przy ognisku, a rano na każdego kto wytrwał do zakończenia zawodów czekała nagroda.
I choć były to moje pierwsze zawody na orientację i trochę się obawiałam nocnego lasu to mam nadzieję, że nie będą one ostatnimi. Tylko niestety zapowiada się, że będę musiała znów borykać się z niemałym problemem przy zbieraniu drużyny. 

A tak wyglądamy po nocy w lesie, gdy udaje się nam znaleźć kawałek przytulnej podłogi :)

wtorek, 3 listopada 2015

Mistrz prokrastynacji - ja

Po tak długiej przerwie strasznie ciężko było mi się zabrać za ten post. Odkładałam go tak z dnia na dzień i nie wyglądało to wesoło, ale na szczęście mam WAS - ludzi, którzy krzyczą na mnie w takich momentach i mobilizują do działania, jak nie prośbą to groźbą. A różnych rzeczy do opisania się nazbierało... I wspomnień i z teraźniejszości, ale po kolei...
Żeby to miało jakieś ręce i nogi to teraz podsumuję krótko wakacje. Żal byłoby mi je całkowicie pominąć milczeniem i przejść do tego co teraz wokół mnie i we mnie.
Bo były to wakacje bardzo intensywne :) Nie ograniczały mnie żadne praktyki, a praca poza paroma dniami w malinach też się jakoś nie przypałętała. Korzystałam więc na maksa z wielką radością i ku kompletnej rozpaczy mojego konta :P Łapiąc każdy dzień przekuwałam je w kolejne cudowne wspomnienia, a one z kolei przekuwały mnie. 
I tak się to jakoś ułożyło, że w każdym miesiącu trafił się, poza krótkimi wypadami, jakiś większy wyjazd:

W lipcu wylądowałam na Bałtyku:
Ze Świnoujścia na Bornholn, Kopenhagę i z powrotem do Polski w siedem dni (11-18 VII)


Czasem walka z falą i wiatrem w przechyłach, czasem leniwe 
ranki z flautą i przy kartach (ale jak widać na zdjęciach z mocną przewagą opcji pierwszej, chroniąc się sztormiakiem przed podmuchami - wiatr nam dopisywał). Zawsze w tym całkowitym poczuciu wolności, które ładuje na maksa akumulatory człowiekowi. Kilka nocy w przytulnych i spokojnych portach, czasem dla odmiany na morzu wypatrując światła kolejnych boi.
Uwielbiam to opisywane w dziesiątkach szant uczucie, gdy stoi się za kołem sterowym, mając kilkadziesiąt metrów wody pod stopami, a żagle wypełnia podmuch. Nagle słowa Szanty stają się rzeczywistością i przy pełnym takielunku rzucamy się na wiatr :) Byle tylko brzeg, czy latarnie były w odpowiedniej odległości :P. 
Brakowało mi trochę wachtowej dyscypliny z zeszłego roku, ale chyba tylko mi...


Sierpień (1-8 VIII) także pod znakiem żagli, choć w całkiem innych klimatach i przy zupełnie innej pogodzie.
Mówiąc najkrócej: Mazury z Nexusem.

 Słońce nie dawało nawet chwili wytchnienia, prażąc niemiłosiernie i skutecznie odstraszając wiatr. Pływało się więc baarrddzzo spokojnie, trzeba było podchodzić czasem na silniku by dotrzeć gdziekolwiek, ale jak na pierwszy raz z funkcją kapitana, nie odbierałam tego jako  tak straszną wadę, jak byłoby to w innych warunkach. Dostałam nawet taką cudowną czapkę, jak widać na zdjęciu obok :). Piekielnie wysoka temperatura nieraz spychała nas z łódek do wody, gdzie choć na chwilę można się było schłodzić. Jak zwykle były szanty i długie wieczory przy ogniskach, na łódkach lub w portach. Po prostu pozytywny czas z pozytywnymi ludźmi. Na luzie bo... JESTEŚMY NA WAKACJACH!!!
Wady? Mój spory brak umiejętności, który nie tylko mnie narażał na niepotrzebny stres i jak dla mnie troszkę za mało dziko, ale to kolejna motywacja :)   

Wrzesień (14-20 IX) dla odmiany na południu kraju, w Tatrach, a dokładniej w Małym Cichym na Integralu DA Freta 10. 


To chyba przed tym wyjazdem stresowałam się najbardziej. A to, że nie znam nikogo, a to, że nie wiem w sumie czego się spodziewać (czy umierania na grani, czy siedzenia w schronisku i wypatrywania oczu, że ja chcę iść w te góry, które są tak blisko). Oczywiście szybko okazało się, że wszystkie te obawy były niepotrzebne :) Jako, że była nas cała 26, więc podzieliliśmy się na grupy chodzące w zależności od kondycji i pragnień. Było więc parę podejść, przepiękne widoki i w ogóle cała magia tatr łącznie z szarlotką w dolinie chochołowskiej (tak mocno skrótowo: były Wiktorówki z Gęsią Szyją, Dolina Chochołowska z Trzydniowiańskim Wierchem , Dolina Pięciu Stawów i Morskie Oko, Hala Gąsienicowa z Karbem) ale jednocześnie wieczorem nie padałam na twarz, tylko siadaliśmy do planszówek. I kolejne długie godziny zlatywały nam w luźnej atmosferze przy kartach, pionkach i kostkach. Wszystko oczywiście przeplatane licznymi rozmowami. 




Oczywiście poza tymi dłuższymi wyjazdami wcale nie siedziałam w domu, tylko na przykład w...


...KOPALNI.

No właśnie zwiedziłam kopalnię w Tarnowskich Górach, obóz w Auschwitz, czy też wybywałam na jednodniowe wypady w góry. 

Już tradycyjnie odwiedziłam także Polcon. Niestety jechałam sama i choć poznałam sporo osób to specyfika dyżuru gżdacza pod telefonem średnio sprzyjała integracji.