Czyli mapa w łapki i do lasu...
Po dość dołującym zmaganiu z brakiem zainteresowania ze strony znanych mi ludzi udało się w końcu :) Wieczorem 21 listopada dotarliśmy w piątkę do bazy V Nocnych Manewrów SKPB. Dostaliśmy mapy, kartę na punkty i wyruszyliśmy w mrok. Początkowo pogada straszyła, pozorując deszcz, ale na szczęście udało się ją namówić do współpracy. Lekka mżawka, która towarzyszyła nam na starcie ustała, a zimno jak na końcówkę listopada również nie było zbyt dokuczliwe. Oczywiście po mistrzowsku udało się nam wpakować w maliny zaraz za pierwszym punktem, a chwilę później zgubić się kompletnie, ale po jakichś dwóch godzinach z niewielkim hakiem odnaleźliśmy się na mapie i potem poszło już z górki :)
Trzy punkty przyszło nam ominąć w walce z czasem, w trzech trafiliśmy w punkty stowarzyszone, ale pomimo tego i niezbyt obiecującego początku, udało się nam zająć 20 pozycję wśród 50 zespołów startujących na trasie Beskidzkiej 1. Więc choć jest nad czym pracować w kwestii orientacji w lesie to jestem bardzo zadowolona, że: a) Udało się nam nie zginąć.
b) Udało się nam trafić na metę.
c) Nie byliśmy ostatni ani na mecie, ani na liście wyników.
No i najważniejsze: rewelacyjnie bawiliśmy się szukając kolejnych punktów wśród drzew.
Później na mecie można było ogrzać się przy ognisku, a rano na każdego kto wytrwał do zakończenia zawodów czekała nagroda.
I choć były to moje pierwsze zawody na orientację i trochę się obawiałam nocnego lasu to mam nadzieję, że nie będą one ostatnimi. Tylko niestety zapowiada się, że będę musiała znów borykać się z niemałym problemem przy zbieraniu drużyny.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz