piątek, 18 grudnia 2015

"Zjechałeś z trasy"

    Jejku zalogowałam się do innego życia przez przypadek... tzn. zabierając się za ten post weszłam z rozpędu  na poprzedniego, zawieszonego przed ponad rokiem bloga, zaczęłam pisać i dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie tu i na dobrą chwilę tam ugrzęzłam... ale już się poprawiam. 
    
    Wstawiam kolejne mocno zaległe zdjęcia. Przynajmniej teraz, gdy trochę się lenię w Warszawie to mam pretekst, by tworzyć nowy post. A ostatnio dużo czasu spędzam na myśleniu, czytaniu i słuchaniu... Wsłuchuję się w, trochę naiwne, teksty kolejnych piosenek, czytam wiersze i odnajduję w nich siebie, a dokładniej tę trochę irracjonalną, sentymentalną i hmm... zbyt romantyczną część mnie, która zwykle chowa się gdzieś na dnie duszy i nie dochodzi do głosu. Jeśli jej nie przypilnuję i się przebija to robi się zbyt melancholijnie, czy wręcz depresyjnie, od czego dość mocno starałam się odciąć zamykając właśnie poprzedni blog... Więc może to moje przypadkowe wejście tam było jakimś znakiem, przebłyskiem podświadomości, czy ostrzeżeniem...
Ale najpierw konkret, o którym wspomniałam na początku, czyli zdjęcia tortu, który wykonałam jakiś miesiąc temu dla najcudowniejszego faceta na świecie - mojego taty:


Tort ajerkoniakowo-czekoladowo-kawowy. Ozdoby jak zawsze hand made, tym razem, tak jak najczęściej, z masy z budyniu, cukru pudru i masła barwionej barwnikami spożywczymi, do których mam słabość. Podobno nie da się być idealnym, więc nawet nie próbuję i nie zamierzam z tym walczyć. Ciasta jak życie, muszą mieć trochę kolorów...
Niestety drugie zdjęcie bardzo słabej jakości, ale to jedyne przedstawiające całokształt, jakie mam :)

No ok, usprawiedliwienie powstania tego postu już było, to teraz mogę już całkiem egoistycznie pisać bez sensu. Mam taką słabość, że nie umiem trzymać w sobie tego co chodzi mi po duszy. Czasem piszę za dużo i pozostaje mi wtedy nadzieja, że nikt nie czyta. Taki dziwny paradoks udostępniania rzeczy, które niekoniecznie chce się ujawniać.  Nie mam po prostu tej zdolności do stworzenia sobie wyidealizowanej, racjonalnej i w pełni uporządkowanej wersji mnie, a następnie ścisłego trzymania się tego by na zewnątrz prezentować tylko ją. Dlatego tak dużo tu zdań napisanych pod wpływem impulsu, tworzących może trochę niejednolity obraz mnie. Z drugiej strony nie chcę zaśmiecać wszystkim tablicy na fejsie, dlatego powstało to miejsce. No i tak długie teksty pisane egoistycznie dla samej siebie by tam nie przeszły. 

"Gdy frunąłem na miastem 
Prawie wcale nie czułem obawy 
Lewitować jest łatwo
Kiedy w usta całuje cię noc

Czy wiesz jak mam na imię
Cichy głos przesłuchanie prowadzi
Jakie ma to znaczenie
Jak nazywać cię mógł inny ktoś

Gdy Bóg nazwał dzień dniem 
Ten na dobre wyłonił się z mroku 
Gdybym teraz mógł nadać ci imię 
Sama wiesz, żeby nie było by dla nas odwrotu
 (...)
By zaplątać się w twoje włosy 
Kiedyś brakło odwagi 
Wiem, że wyrok już zapadł 
Odczytałem go z ruchu twych rąk"
                                                                 /SCOB - Nad rzeką/

   Początkowo miał tu być fragment zupełnie innej piosenki, która prześladuje mnie od kilku dni, ale te ostanie cztery wersy mocno skojarzyły mi się z kilkoma przeprowadzonymi rozmowami. 
   Hmmm... czasem jak czytam co piszę to sama nie wierzę, że jestem trzeźwa...

wtorek, 15 grudnia 2015

Już trzy lata... i kręci się dalej

    Pod koniec listopada uczestniczyłam w targach fantastyki. Tradycyjnie jako gżdacz. Jak już wejdzie to w krew to nie da się pozbyć, choćby nawet człowiek chciał. Tym razem trafiłam do sali spotkań, można powiedzieć: zadanie marzeń. Zresztą już od dłuższego czasu mam szczęście do dyżurów. I nawet udało mi się załapać do galerii udostępnionej na stronie wydarzenia :p . Właśnie stamtąd, z fotorelacji Amadeusza Andrzejewskiego, pochodzi poniższe zdjęcie.
    Frekwencja na targach szczerze mówiąc zaskoczyła mnie: 1300 uczestników z biletami + dzieci, które wchodziły bez biletów + wystawcy + goście i + my, czyli gżdacze. To więcej niż niejeden konwent i to z tych większych, a to dopiero pierwsza edycja Targów. Jak widać pomimo, iż w naszym światku dzieje się całkiem sporo, to wciąż jest zapotrzebowanie na kolejne "fantastyczne" wydarzenia. Tym bardziej smutno, że niektóre inicjatywy upadają. Choćby Warszawska Noc Apokalipsy, na której ostatnia edycję w 2013 roku udało mi się załapać, na chwilę i tylko przypadkowo i opuszczałam ją z mocnym postanowieniem pojawienia się na kolejnej edycji... 
    Ale wracając do Targów. Oprócz wystawców, którzy jak nazwa wskazuje, byli główną "atrakcją" wydarzenia, można się było załapać na games room, spotkania z autorami książek fantasy i science fiction, czy usłyszeć o ciekawych projektach z fantastyka związanych (Jak choćby o nagrodzie im. J Zajdla, czy nadchodzącym Polconie). Jako gżdacz wyszłam z Targów z bardzo pozytywną opinią o organizatorach. A to podejście do ludzi, z którymi współpracują ma dla mnie spore znacznie. Chyba zresztą z czasem coraz większe.
    No ok, trochę podsumowałam... ale skąd taki tytuł? Tak mnie wzięło na wspomnienia, gdy sączyłam kolejną kawę z targowego kubka... Trzy lata temu, z niewielkim hakiem, bo dokładnie 7-9 września 2012 roku, byłam na moim pierwszym konwencie. Nie wiedząc jeszcze z czym co się je, trafiłam na bielski Grojkon. Jako gżdacz oczywiście, choć wtedy jeszcze nie z zamiłowania, a z chęci zaoszczędzenia na wejściówce :p . Potem były różne konwenty, w różnych regionach kraju i z różną funkcją. Hmmm.... Uczestnikiem, gżdaczem i orgiem już byłam... Jeszcze zostało mi tworzenie programu. Trzeba to będzie nadrobić...
    Tak dziwnie wspominać czasy, gdy ten konwentowo- fantastyczny świat był mi zupełnie obcy. Choć do bycia starym wyjadaczem wciąż mi daleko, to ten świat jakoś tak po prostu powoli stał się moim. Aż trudno mi uwierzyć, ilu wspaniałych ludzi poznałam tylko dzięki grom, konwentom i innym około fantastycznym wydarzeniom.  Na co dzień się człowiek nad tym nie zastanawia, ale gdy teraz myślę, to jejku, większość moich znajomych pochodzi z tego środowiska. 
    Jak widać fantastyka wciąga :). Znacznie bardziej niż można by przypuszczać patrząc na nią z boku. I wiem jedno: nie żałuję, że dałam się jej porwać i mam nadzieję, że po rocznej przerwie, w 2016, znów będę mieć okazję gżdaczować na Grojkonie... a po drodze z pewnością jeszcze nie jeden konwent się pojawi, jeszcze nie raz siądziemy nad planszówką czy rozegramy sesję RPG...