piątek, 18 grudnia 2015

"Zjechałeś z trasy"

    Jejku zalogowałam się do innego życia przez przypadek... tzn. zabierając się za ten post weszłam z rozpędu  na poprzedniego, zawieszonego przed ponad rokiem bloga, zaczęłam pisać i dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie tu i na dobrą chwilę tam ugrzęzłam... ale już się poprawiam. 
    
    Wstawiam kolejne mocno zaległe zdjęcia. Przynajmniej teraz, gdy trochę się lenię w Warszawie to mam pretekst, by tworzyć nowy post. A ostatnio dużo czasu spędzam na myśleniu, czytaniu i słuchaniu... Wsłuchuję się w, trochę naiwne, teksty kolejnych piosenek, czytam wiersze i odnajduję w nich siebie, a dokładniej tę trochę irracjonalną, sentymentalną i hmm... zbyt romantyczną część mnie, która zwykle chowa się gdzieś na dnie duszy i nie dochodzi do głosu. Jeśli jej nie przypilnuję i się przebija to robi się zbyt melancholijnie, czy wręcz depresyjnie, od czego dość mocno starałam się odciąć zamykając właśnie poprzedni blog... Więc może to moje przypadkowe wejście tam było jakimś znakiem, przebłyskiem podświadomości, czy ostrzeżeniem...
Ale najpierw konkret, o którym wspomniałam na początku, czyli zdjęcia tortu, który wykonałam jakiś miesiąc temu dla najcudowniejszego faceta na świecie - mojego taty:


Tort ajerkoniakowo-czekoladowo-kawowy. Ozdoby jak zawsze hand made, tym razem, tak jak najczęściej, z masy z budyniu, cukru pudru i masła barwionej barwnikami spożywczymi, do których mam słabość. Podobno nie da się być idealnym, więc nawet nie próbuję i nie zamierzam z tym walczyć. Ciasta jak życie, muszą mieć trochę kolorów...
Niestety drugie zdjęcie bardzo słabej jakości, ale to jedyne przedstawiające całokształt, jakie mam :)

No ok, usprawiedliwienie powstania tego postu już było, to teraz mogę już całkiem egoistycznie pisać bez sensu. Mam taką słabość, że nie umiem trzymać w sobie tego co chodzi mi po duszy. Czasem piszę za dużo i pozostaje mi wtedy nadzieja, że nikt nie czyta. Taki dziwny paradoks udostępniania rzeczy, które niekoniecznie chce się ujawniać.  Nie mam po prostu tej zdolności do stworzenia sobie wyidealizowanej, racjonalnej i w pełni uporządkowanej wersji mnie, a następnie ścisłego trzymania się tego by na zewnątrz prezentować tylko ją. Dlatego tak dużo tu zdań napisanych pod wpływem impulsu, tworzących może trochę niejednolity obraz mnie. Z drugiej strony nie chcę zaśmiecać wszystkim tablicy na fejsie, dlatego powstało to miejsce. No i tak długie teksty pisane egoistycznie dla samej siebie by tam nie przeszły. 

"Gdy frunąłem na miastem 
Prawie wcale nie czułem obawy 
Lewitować jest łatwo
Kiedy w usta całuje cię noc

Czy wiesz jak mam na imię
Cichy głos przesłuchanie prowadzi
Jakie ma to znaczenie
Jak nazywać cię mógł inny ktoś

Gdy Bóg nazwał dzień dniem 
Ten na dobre wyłonił się z mroku 
Gdybym teraz mógł nadać ci imię 
Sama wiesz, żeby nie było by dla nas odwrotu
 (...)
By zaplątać się w twoje włosy 
Kiedyś brakło odwagi 
Wiem, że wyrok już zapadł 
Odczytałem go z ruchu twych rąk"
                                                                 /SCOB - Nad rzeką/

   Początkowo miał tu być fragment zupełnie innej piosenki, która prześladuje mnie od kilku dni, ale te ostanie cztery wersy mocno skojarzyły mi się z kilkoma przeprowadzonymi rozmowami. 
   Hmmm... czasem jak czytam co piszę to sama nie wierzę, że jestem trzeźwa...

wtorek, 15 grudnia 2015

Już trzy lata... i kręci się dalej

    Pod koniec listopada uczestniczyłam w targach fantastyki. Tradycyjnie jako gżdacz. Jak już wejdzie to w krew to nie da się pozbyć, choćby nawet człowiek chciał. Tym razem trafiłam do sali spotkań, można powiedzieć: zadanie marzeń. Zresztą już od dłuższego czasu mam szczęście do dyżurów. I nawet udało mi się załapać do galerii udostępnionej na stronie wydarzenia :p . Właśnie stamtąd, z fotorelacji Amadeusza Andrzejewskiego, pochodzi poniższe zdjęcie.
    Frekwencja na targach szczerze mówiąc zaskoczyła mnie: 1300 uczestników z biletami + dzieci, które wchodziły bez biletów + wystawcy + goście i + my, czyli gżdacze. To więcej niż niejeden konwent i to z tych większych, a to dopiero pierwsza edycja Targów. Jak widać pomimo, iż w naszym światku dzieje się całkiem sporo, to wciąż jest zapotrzebowanie na kolejne "fantastyczne" wydarzenia. Tym bardziej smutno, że niektóre inicjatywy upadają. Choćby Warszawska Noc Apokalipsy, na której ostatnia edycję w 2013 roku udało mi się załapać, na chwilę i tylko przypadkowo i opuszczałam ją z mocnym postanowieniem pojawienia się na kolejnej edycji... 
    Ale wracając do Targów. Oprócz wystawców, którzy jak nazwa wskazuje, byli główną "atrakcją" wydarzenia, można się było załapać na games room, spotkania z autorami książek fantasy i science fiction, czy usłyszeć o ciekawych projektach z fantastyka związanych (Jak choćby o nagrodzie im. J Zajdla, czy nadchodzącym Polconie). Jako gżdacz wyszłam z Targów z bardzo pozytywną opinią o organizatorach. A to podejście do ludzi, z którymi współpracują ma dla mnie spore znacznie. Chyba zresztą z czasem coraz większe.
    No ok, trochę podsumowałam... ale skąd taki tytuł? Tak mnie wzięło na wspomnienia, gdy sączyłam kolejną kawę z targowego kubka... Trzy lata temu, z niewielkim hakiem, bo dokładnie 7-9 września 2012 roku, byłam na moim pierwszym konwencie. Nie wiedząc jeszcze z czym co się je, trafiłam na bielski Grojkon. Jako gżdacz oczywiście, choć wtedy jeszcze nie z zamiłowania, a z chęci zaoszczędzenia na wejściówce :p . Potem były różne konwenty, w różnych regionach kraju i z różną funkcją. Hmmm.... Uczestnikiem, gżdaczem i orgiem już byłam... Jeszcze zostało mi tworzenie programu. Trzeba to będzie nadrobić...
    Tak dziwnie wspominać czasy, gdy ten konwentowo- fantastyczny świat był mi zupełnie obcy. Choć do bycia starym wyjadaczem wciąż mi daleko, to ten świat jakoś tak po prostu powoli stał się moim. Aż trudno mi uwierzyć, ilu wspaniałych ludzi poznałam tylko dzięki grom, konwentom i innym około fantastycznym wydarzeniom.  Na co dzień się człowiek nad tym nie zastanawia, ale gdy teraz myślę, to jejku, większość moich znajomych pochodzi z tego środowiska. 
    Jak widać fantastyka wciąga :). Znacznie bardziej niż można by przypuszczać patrząc na nią z boku. I wiem jedno: nie żałuję, że dałam się jej porwać i mam nadzieję, że po rocznej przerwie, w 2016, znów będę mieć okazję gżdaczować na Grojkonie... a po drodze z pewnością jeszcze nie jeden konwent się pojawi, jeszcze nie raz siądziemy nad planszówką czy rozegramy sesję RPG...

poniedziałek, 30 listopada 2015

Orientuj się

Czyli mapa w łapki i do lasu...
Po dość dołującym zmaganiu z brakiem zainteresowania ze strony znanych mi ludzi udało się w końcu :) Wieczorem 21 listopada dotarliśmy w piątkę do bazy V Nocnych Manewrów SKPB. Dostaliśmy mapy, kartę na punkty i wyruszyliśmy w mrok. Początkowo pogada straszyła, pozorując deszcz, ale na szczęście udało się ją namówić do współpracy. Lekka mżawka, która towarzyszyła nam na starcie ustała, a zimno jak na końcówkę listopada również nie było zbyt dokuczliwe. Oczywiście po mistrzowsku udało się nam wpakować w maliny zaraz za pierwszym punktem, a chwilę później zgubić się kompletnie, ale po jakichś dwóch godzinach z niewielkim hakiem odnaleźliśmy się na mapie i potem poszło już z górki :)  

Trzy punkty przyszło nam ominąć w walce z czasem, w trzech trafiliśmy w punkty stowarzyszone, ale pomimo tego i niezbyt obiecującego początku, udało się nam zająć 20 pozycję wśród 50 zespołów startujących na trasie Beskidzkiej 1. Więc choć jest nad czym pracować w kwestii orientacji w lesie to jestem bardzo zadowolona, że:
a) Udało się nam nie zginąć.
b) Udało się nam trafić na metę.
c) Nie byliśmy ostatni ani na mecie, ani na liście wyników.
No i najważniejsze:  rewelacyjnie bawiliśmy się szukając kolejnych punktów wśród drzew.
Później na mecie można było ogrzać się przy ognisku, a rano na każdego kto wytrwał do zakończenia zawodów czekała nagroda.
I choć były to moje pierwsze zawody na orientację i trochę się obawiałam nocnego lasu to mam nadzieję, że nie będą one ostatnimi. Tylko niestety zapowiada się, że będę musiała znów borykać się z niemałym problemem przy zbieraniu drużyny. 

A tak wyglądamy po nocy w lesie, gdy udaje się nam znaleźć kawałek przytulnej podłogi :)

wtorek, 3 listopada 2015

Mistrz prokrastynacji - ja

Po tak długiej przerwie strasznie ciężko było mi się zabrać za ten post. Odkładałam go tak z dnia na dzień i nie wyglądało to wesoło, ale na szczęście mam WAS - ludzi, którzy krzyczą na mnie w takich momentach i mobilizują do działania, jak nie prośbą to groźbą. A różnych rzeczy do opisania się nazbierało... I wspomnień i z teraźniejszości, ale po kolei...
Żeby to miało jakieś ręce i nogi to teraz podsumuję krótko wakacje. Żal byłoby mi je całkowicie pominąć milczeniem i przejść do tego co teraz wokół mnie i we mnie.
Bo były to wakacje bardzo intensywne :) Nie ograniczały mnie żadne praktyki, a praca poza paroma dniami w malinach też się jakoś nie przypałętała. Korzystałam więc na maksa z wielką radością i ku kompletnej rozpaczy mojego konta :P Łapiąc każdy dzień przekuwałam je w kolejne cudowne wspomnienia, a one z kolei przekuwały mnie. 
I tak się to jakoś ułożyło, że w każdym miesiącu trafił się, poza krótkimi wypadami, jakiś większy wyjazd:

W lipcu wylądowałam na Bałtyku:
Ze Świnoujścia na Bornholn, Kopenhagę i z powrotem do Polski w siedem dni (11-18 VII)


Czasem walka z falą i wiatrem w przechyłach, czasem leniwe 
ranki z flautą i przy kartach (ale jak widać na zdjęciach z mocną przewagą opcji pierwszej, chroniąc się sztormiakiem przed podmuchami - wiatr nam dopisywał). Zawsze w tym całkowitym poczuciu wolności, które ładuje na maksa akumulatory człowiekowi. Kilka nocy w przytulnych i spokojnych portach, czasem dla odmiany na morzu wypatrując światła kolejnych boi.
Uwielbiam to opisywane w dziesiątkach szant uczucie, gdy stoi się za kołem sterowym, mając kilkadziesiąt metrów wody pod stopami, a żagle wypełnia podmuch. Nagle słowa Szanty stają się rzeczywistością i przy pełnym takielunku rzucamy się na wiatr :) Byle tylko brzeg, czy latarnie były w odpowiedniej odległości :P. 
Brakowało mi trochę wachtowej dyscypliny z zeszłego roku, ale chyba tylko mi...


Sierpień (1-8 VIII) także pod znakiem żagli, choć w całkiem innych klimatach i przy zupełnie innej pogodzie.
Mówiąc najkrócej: Mazury z Nexusem.

 Słońce nie dawało nawet chwili wytchnienia, prażąc niemiłosiernie i skutecznie odstraszając wiatr. Pływało się więc baarrddzzo spokojnie, trzeba było podchodzić czasem na silniku by dotrzeć gdziekolwiek, ale jak na pierwszy raz z funkcją kapitana, nie odbierałam tego jako  tak straszną wadę, jak byłoby to w innych warunkach. Dostałam nawet taką cudowną czapkę, jak widać na zdjęciu obok :). Piekielnie wysoka temperatura nieraz spychała nas z łódek do wody, gdzie choć na chwilę można się było schłodzić. Jak zwykle były szanty i długie wieczory przy ogniskach, na łódkach lub w portach. Po prostu pozytywny czas z pozytywnymi ludźmi. Na luzie bo... JESTEŚMY NA WAKACJACH!!!
Wady? Mój spory brak umiejętności, który nie tylko mnie narażał na niepotrzebny stres i jak dla mnie troszkę za mało dziko, ale to kolejna motywacja :)   

Wrzesień (14-20 IX) dla odmiany na południu kraju, w Tatrach, a dokładniej w Małym Cichym na Integralu DA Freta 10. 


To chyba przed tym wyjazdem stresowałam się najbardziej. A to, że nie znam nikogo, a to, że nie wiem w sumie czego się spodziewać (czy umierania na grani, czy siedzenia w schronisku i wypatrywania oczu, że ja chcę iść w te góry, które są tak blisko). Oczywiście szybko okazało się, że wszystkie te obawy były niepotrzebne :) Jako, że była nas cała 26, więc podzieliliśmy się na grupy chodzące w zależności od kondycji i pragnień. Było więc parę podejść, przepiękne widoki i w ogóle cała magia tatr łącznie z szarlotką w dolinie chochołowskiej (tak mocno skrótowo: były Wiktorówki z Gęsią Szyją, Dolina Chochołowska z Trzydniowiańskim Wierchem , Dolina Pięciu Stawów i Morskie Oko, Hala Gąsienicowa z Karbem) ale jednocześnie wieczorem nie padałam na twarz, tylko siadaliśmy do planszówek. I kolejne długie godziny zlatywały nam w luźnej atmosferze przy kartach, pionkach i kostkach. Wszystko oczywiście przeplatane licznymi rozmowami. 




Oczywiście poza tymi dłuższymi wyjazdami wcale nie siedziałam w domu, tylko na przykład w...


...KOPALNI.

No właśnie zwiedziłam kopalnię w Tarnowskich Górach, obóz w Auschwitz, czy też wybywałam na jednodniowe wypady w góry. 

Już tradycyjnie odwiedziłam także Polcon. Niestety jechałam sama i choć poznałam sporo osób to specyfika dyżuru gżdacza pod telefonem średnio sprzyjała integracji.

poniedziałek, 27 lipca 2015

post bardzo spóźniony...

Tak bardzo spóźniony, że chciałam go odpuścić, połączyć z kolejnym... ale nie... powstałby zbyt duży bałagan, gdybym wszystko od początku wakacji wrzuciła do jednego worka...


Po pierwsze na czas powstała, a nawet dotarła do adresatów kartka ślubna, którą wykonywałam na wspomniane przeze mnie parę postów temu candy. Zdjęcie pochodzi z bloga "otwarta szuflada", ponieważ przez moje charakterystyczne roztrzepanie zapomniałam zrobić swojego przed wysłaniem. 

Kartka wykonana techniką haftu matematycznego. Zdjęcie niestety, jak to zwykle bywa, nie oddaje kolorów. Haft był wyszyty złotą nitką na beżowym tle. Prosto i bez szału. Zwykle zachwycam się wykonanymi przez innych wielowarstwowymi, mega ozdobnymi kartkami, ale jak próbuję zrobić coś w tym stylu to mam wrażenie, że wychodzi strasznie odpustowo. Zostanę więc przy spokojniejszych kartkach...
Moje pierwsze candy, a już dopisało mi w losowaniu szczęście i załapałam się na nagrodę :) ŁAŁ!!!





W ramach protestu przeciwko nieludzko wysokim temperaturom 6 lipca wyruszyłam na Czupel czerwonym szlakiem z Łodygowic Górnych, by następnie przez Magórkę zejść do Wilkowic Bystrej. Oczywiście tutaj też musiało się uwidocznić moje roztrzepanie i plany wykorzystania porannych, nieco chłodniejszych godzin spełzły na niczym, ponieważ wylądowałam w Zabrzegu. Brawo ja :P. Mało ambitna trasa zmieniła się więc w torturę gorąca, ale pierwszy szczyt z Korony Gór Polski (Beskid Mały) zaliczony. Bo to właśnie kolejny z moich dalekowzrocznych planów... Co z tego wyjdzie zobaczymy...






Poza tym nawiedziła nas KATASTROFA!!! Więdły facebook'owe uprawy, zdychały zaniedbane internetowe zwierzaki, ginęły pociągi, wirtualne "przyjaźnie" się rozpadały!!!
TAK - przez trzy dni nie było u nas prądu...
I choć jedynym poważniejszym problemem, który z tego wynikał były niedziałające lodówki, to dość przerażające jest jak bardzo jesteśmy nieodporni na takie uniedogodnienia. Brak możliwości sprawdzenia poczty, czy rozładowana komórka i związane z tym problemy z komunikacją, przed dłuższym wyjazdem potrafią być naprawdę kłopotliwe, a drobne konsekwencje braku prądu, które podczas wyjazdów np. pod namiot są po prostu kolejną atrakcją potrafią skumulowane doprowadzać do szału. Nawet do "gier bez prądu" potrzebny jest prąd. Granie w ciemności naprawdę się nie sprawdza ;)

niedziela, 5 lipca 2015

WAKACJE!!!

Uff... nie było mnie tu prawie miesiąc!!! Aż trudno uwierzyć, ale tak to wychodzi, jak się wciąż przekłada napisanie kolejnego posta. Co się zmieniło przez ten czas? Sesja uciekła z podkulonym ogonem, trochę sprecyzowały się wakacyjne plany... Już za tydzień o tej porze będę na Bałtyku! A potem dalej jedziemy ze spełnianiem marzeń :)

Wspomniana w ostatnim poście urodzinowa kartka rowerowa. Z przodu i ze środka. Rower wyszyty haftem matematycznym. Kartki dla facetów to zwykle nie małe wyzwanie, ale ta powstała wyjątkowo bezproblemowo. Może w końcu do nich dorosnę. W temacie kartkowym powinna pojawić się też kartka ślubna z candy, jednak niestety zapomniałam zrobić zdjęcie przed wysłaniem, więc czekam, aż pojawi się na blogu adresatki. Wiszą nade mną jeszcze kartki wakacyjne. Nie umiem się zmobilizować do zabrania za nie. Przez ostatnie parę dni kończyłam owocowe obrazki, które czekają na zeskanowanie. 


Udało nam się także wypaść w góry, na krótki wypad na Kozią Górkę. Kolejna wycieczka w wersji 3xMB, niestety tym razem bez aparatu. Ech w ogóle muszę znów chwycić aparat. Na dadanie czekają też kocie kartki, ale zrobię z nimi osobny koci post, szczególnie, że mam trochę do wrzucania w tym temacie. Czekam na wyniki czerwcowej akcji Dawcom w Darze. Znów wakacje i znów braki w bankach krwi. Warto trochę zwolnić i znaleźć czas na wizytę w stacji krwiodawstwa.

"Powietrze pachnie takim samym nonsensem
Jak wtedy kiedy poznałem Ciebie

Powietrze lekko drgało tak
W dzień gorącego lata
Nie wiem jak wpadłem na Twój ślad
W dzień gorącego lata
I wtedy to poznałem cię
W dzień gorącego lata
Wiedziałem, że przygarniesz mnie
W dzień gorącego lata

A, a, a, w dzień gorącego lata 
A, a, a, w dzień gorącego lata 

Powietrze pachnie takim samym nonsensem
Jak wtedy kiedy poznałem Ciebie"
                                                                /Big Day - W dzień gorącego lata/

wtorek, 9 czerwca 2015

Weekendowy chaos

Za mną kolejny intensywny weekend. Jak to zresztą zwykle, gdy wracam do domu. Brakuje mi spokojnego sklejania kartek, czy malowania pod decoupage. Marzy mi się, by w końcu przysiąść nad maszyną i choć trochę ją oswoić. Głowa pęka od pomysłów zaczerpniętych z różnych źródeł. Tylko tego śląskiego czasu tak mało, a w Warszawie, skondensowana na kilku metrach, tęsknię za materiałami...

W Piątek (5 VI) udało się nam wyskoczyć w góry. 
Nam to znaczy 3xMB (Monika, Martyna i ja) + Karolina. Wypad niezbyt ambitny, ale zawsze :)
Znad wapienickiej zapory wyruszyliśmy żółtym szlakiem w kierunku Szyndzielni. Na górze tłumy przyciągnięte piękną pogodą i możliwością wygodnego wjazdu kolejką, ale szlak z Wapienicy świecił pustkami. W końcu jest on znacznie mniej populary niż czerwony szlak prowadzący z Dębowca, który wybraliśmy na drogę powrotną. W górach jak zwykle cudnie, przepiękne widoki rozpościerają się na panoramę leżącego u stóp Szyndzielni Bielska.



3xMB skondensowane na jednym zdjęciu :), a poniżej kolejne pieczątki w książeczce GOT PTTK.
Trochę marnie idzie mi ostatnio zbieranie punktów. Mam nadzieję, że zmieni się to wraz z nadchodzącymi wakacjami i uda mi się zrealizować dość ambitne plany.

W sobotę miałam okazję gżdaczować na Grojkonowym Spotkaniu z planszówkami. Pomimo skróconej formy dało się poczuć niezwykłą atmosferę, która zawsze towarzyszy bielskim konwentom i mocno uzależnia. Udało się nam prawie zgodnie z zasadami rozegrać dwie partyjki w Small World, a także załapać na prelekcję i zostać ukaranymi imperialnymi mandatami. 



I na koniec wyniki mojej marnej twórczości, czyli książka z różami. Byłaby jeszcze kartka, ale czeka na trafienie do właściciela, więc jeszcze nie udostępniam. Pewnie pojawi się w kolejnym poście...

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Idź, nie bój się żyć!

Za oknem pozytywna, słoneczna pogoda zachęca do działania i jedyną demotywującą myślą jest świadomość, że od wakacji oddziela mnie szereg egzaminów. Brrry... Odkładam naukę na bliżej nieokreślone potem i uciekam z Martyną na miasto. Korzystając z darmowego, niedzielnego zwiedzania odwiedzamy Zamek Królewski, a wieczorem udaje mi się załapać na Kwartetu AMOK. 
Po prostu dzień idealny.



Z kolejnych pozytywnych rzeczy: zapisałam się na moje pierwsze, ślubne candy u Agnieszki (baner z boku). Igła z nitką już poszły w ruch :).

środa, 27 maja 2015

Oddalam się w pobliże

                       "Pamiętam Twoje oczy
W każdej jednej chwili
Pamiętam Twój zapach
Na Twojej twardej szyi

Powiedz, jak mnie tu znalazłaś
W tym rynsztoku w środku dnia
W kałuży z wyrzutów sumienia
W której odbijam się sam

Wciąż o Tobie myślę
Gdy nocą śpię przy ścianie
To tylko parę chwil
A może życie całe
Jak dwa samotne drzewa
W tym samym ogrodzie
Daleko nam do siebie
Nie mamy dokąd odejść
...
Jedni chcą mieć spokój
A drudzy chcą więcej
Chodź, pójdziemy razem
                        Zaśpiewam ci piosenkę"
                                               /Koniec Świata "Jak mnie tu znalazłaś"/




Nie mam czasu, jadę czołgiem!!!



Idę przez miasto i cieszę się do siebie. Ot tak po prostu, bez przyczyny. Choć nie... tak naprawdę to z wielu przyczyn. Z miliona przyczyn tworzących moje życie. I dość szybko okazuje się, że nie jest to zbyt bezpieczne. Na krótkim odcinku pomiędzy stacją Metro Centrum a dworcem centralnym trzykrotnie zostałam spytana o drogę, w tym raz po angielsku. Przy mojej orientacji w terenie to dość kłopotliwe... W sumie to cud, że zawsze trafiam tam gdzie chcę nie mając pojęcia jak powinnam tam dojść. 
Gdyby tylko wszystko tak wychodziło samo, bez konieczności wykazywania inicjatywy... 



środa, 20 maja 2015

Ciepły deszcz







Szukanie internetowych inspiracji kartkowych skończyło się ostatnio serią zapisanych pomysłów walentynkowych, kompletnie niepotrzebnych, ale świetnych. Od czasu do czasu zapadam się w tą kopalnię bez dna. Tylko właśnie zwykle zbaczam z wytyczonego kursu poszukiwań. Dziś zmieniłam kierunek z kartek na biżuterię i  coś mi mówi, że zbankrutuję na półprodukty, ale ciii, niech rozum śpi dalej :P








"Chciałbym się jeszcze powłóczyć z Tobą, 
póki żyjemy i mam Cię obok.
Zjechać z Tobą w dół po poręczy, 
wspólnie się wyczołgać z nędzy. 
Schować szczęście tu pod podłogą, 
zanim przyjadą i nas wywiozą.
Zobaczyć razem niebo po burzy, 
skoczyć w kałuże, żyć jak najdłużej...

Chciałbym się jeszcze powłóczyć z Tobą, 
póki żyjemy i mam Cię obok.
Poznać wszystkie diabły, anioły,
elfy, strzygi i upiory. 
Błąkać się w obrazach świętych,
spędzić dwie noce u wiedźm przeklętych.
Spotkać tego, co się boją - Boga ze zrudziałą brodą.

Siedzę na ławce patrzę na słońce, 
chyba już dzisiaj nigdzie nie zdążę.
Chyba już nigdy nie będzie lepiej, 
nie będzie dobrze wiec się nie spieszę."
                                               /Koniec Świata "Oranżada"/

poniedziałek, 11 maja 2015

Maj tak bardzo urodzinowy

 Co w sumie jest bardzo pozytywne :).





Tym razem zdjęcia tortu urodzinowego dla mojej mamy. Robiąc go odkryłam moją nową miłość - barwnik spożywczy. I życie od razu nabiera kolorów!



W ogóle to był bardzo pozytywny weekend: Spotkanie z Adą, Kasią i Michasią po dwóch latach (!!!), wieczór z Martyną (tajne przez poufne) i późniejsze dzikie godziny (:P, ja wariatka), Skrzyczne (o którym więcej niżej) i w końcu niedzielne zbieranie podpisów i zjazd rodziny. Psychiczne naładowanie i fizyczne wykończenia. To ostatnie zwłaszcza siedmiogodzinnym powrotem...

Sobota, 9 V 2015r.
Lipowa Ostre - Schronisko PTTK Skrzyczne - Malinowska Skała -Lipowa Ostre
... czyli góry z Martyną, Ewą, Karoliną, Kamilem, Olkiem i Maćkiem.




"Kocham Cię! Podobno jak się coś zawali to wystarczy o tym zapewniać i jest dobrze... Przynajmniej tak mnie uczyli na kursie bycia mężczyzną"

Moje ulubione drogi? - Górskie szlaki!!!

Denerwują mnie ciągłe pytania około wyborowe... Nie mam ochoty tłumaczyć się wszystkim wokół na kogo i dlaczego głosowałam. Bynajmniej nie dlatego, że wstydzę się moich decyzji, ale dlatego, że to nie prowadzi do żadnej budującej dyskusji, a nie potrzebuję głupich komentarzy... wyrazów poparcia też nie...


I na koniec znów pozytywnie :) Jak na opisie i porównanie wielkości do najmniejszego paznokcia (jedyny, którego skrajnie nie rozwaliłam zrywając lakier :))
 

poniedziałek, 4 maja 2015

majówka...

"Patrz co trzymam!!!
Aaaa!!!
Kocham Je!!!"
Tak się kończy poksiążkowy wypad z Martyną. Kilkaset stron w dłoniach i jest się najszczęśliwszą osobą na świecie! Książki nie pytają, książki rozumieją... i pomagają nie przejmować się ludzką głupotą.

Taki nowy pomysł na kartkę:

Z jednej strony uwielbiam takie okazje, jak komunie, chrzciny, śluby, podczas których ludzie emanują szczęściem, z drugiej, brakuje mi cierpliwości.
Cóż nie bardzo sprawdzam się w oficjalnych rozmowach z rodziną. Nie wpasowuję się w schemat i dobrze mi z tym. Ot taki czarny kot rodziny...

"Jesteś szalona mówię Ci 
Zawsze nią byłaś. 
Skończysz wreszcie śnić?
Nie jesteś aniołem, mówię Ci.
Jesteś szalona." 
                                         /Boys "Jesteś szalona"/

wtorek, 21 kwietnia 2015

biorę sobie Ciebie...

Uwielbiam śluby i to szczęście, którym emanuje dwoje zakochanych w sobie ludzi, zwłaszcza gdy są to ludzie mi bliscy. A w sobotę było mi dane bawić się na weselu osoby naprawdę wyjątkowej. Mojej niesamowitej przyjaciółki Ewy. ŁAŁ... Brakuje mi słów, by opisać to wydarzenie...


 "Czy to tylko chwila?O nie
Dziś wiem, że to miłość
Na pewno to wiem
Rozświetliło nas światło wszystkich gwiazd
I już żyć bez siebie przestaliśmy umieć

Czy to tylko moment?
O nie
Było nam sądzone
By znów spotkać się
W takiej chwili serce się nigdy nie myli
Kiedy mówi: "Kocham cię""

                                    /Zbigniew Wodecki "Oczarowanie"/

"Martyna też stoi!" - czyli cytat wesela, zrozumiały zaledwie dla trójki wtajemniczonych osób, ale trafić tu musiał.

I jeszcze zaległe zdjęcia z wieczoru panieńskiego. Jakość pozostawia sporo do życzenia, ale cóż... zajmowałyśmy się wtedy czym innym :P:



"Nie wiem, co nam da ten rok,
co się jeszcze nam przydarzy.
Chcę być blisko twoich rąk,
chcę dotykać twojej twarzy.


Jestem, jestem obok ciebie,
aby kochać cię.
Jestem, jestem obok ciebie,
aby kochać cię."
/Universe "Jestem obok Ciebie"/






piątek, 10 kwietnia 2015

Jeszcze świątecznie...





Kolejne święta Wielkiej Nocy minęły zbyt szybko...
Ledwie na chwilę zdążyło się przystanąć, a już odjeżdża powrotny pociąg do Warszawy. Nie wiem, czy to wina mojego nieuporządkowania, czy naprawdę tego czasu jest tak mało.






Uwielbiam to pierwsze "Alleluja" rozbrzmiewające z ogromną mocą, po czterdziestu dniach i zawartą w nim radość. ŁAŁ!!!








Mam słabość to tego, zawsze powracającego do mnie o tej porze roku tekstu:

" "Wiosną lody ruszyły, Panowie Przysięgli."
Zakwitają pustynie, śnieg się w słońcu zwęglił,
Bóg umiera na Krzyżu, ale zmartwychwstaje,
Kurczak z pluszu wysiedział Wielkanocne Jaje,
Baran z cukru nie martwi się losu koleją,
Świtem ptaki w niebieskim zapachu szaleją.
Tyle razy to wszystko już się wydarzyło,
Więc dlaczego przed strachem chowamy się w miłość?


- Bo za oknem wiosenny wiatr drzewami szarpie,
Budzą się do pracy upiory i harpie;
Nie ufaj w wieczory, wstań, zaciągnij story -
Upiory i harpie, harpie i upiory...
/Jacek Kaczmarski "Cztery pory niepokoju"/

 

środa, 18 marca 2015

IDEALNIE...

... Czyli Yapowanie (13-15 III).
Jak zwykle u mnie dość chaotycznie i trochę przez przypadek, wpadłam, na początku marca, na stronę Yapy (czyli ogólnopolskiego studenckiego przeglądu piosenki turystycznej). Szybki rzut okiem na kalendarz, uświadomił mi, że jedyny wolny, marcowy weekend właśnie zmienia swój status.
I tak znalazłam się, w piątek trzynastego, do kolejowym dworcu. Nie sama oczywiście, a z nieświadomą jeszcze zagrożenia Martyną i ogarniającym AKT Maluchem. Po krótkiej walce o karnety i noclegi, w końcu można odpłynąć w inny świat. Trudno opisać nawał szczęścia, który potrafi się zmieścić w trzech dniach. Zdarte gardło, szaleńczy uśmiech na twarzy i obolałe stopy, to krótkie podsumowanie weekendu. Wciąż chodzę i nucę, przejeżdżając przystanki, na których powinnam wysiąść.
Nie, nie zmuszajcie mnie do powrotu do rzeczywistości!!!



"Jestem włóczęgą, otwartą księgą,
O której każdy mężczyzna śni.
A kiedy piję, czuję, że żyję,
Taka zostanę do końca dni."
/Parafrazując Szantażystów /





Przysypianie w pociągu...


...i nasz pierdolnik ;)



Dość często zdarza mi się przeglądać udostępniane na twarzoksiążce wpisy. Ot taka słabość, coraz częściej powodująca, że krew mnie zalewa, ale mniejsza z tym... Ostatnio trafiłam na akcję mającą na celu wycofanie religii ze szkół. Akcja jak akcja, zdanie można mieć różne i kłócić się długo, z wielkim zaangażowaniem, ale nie dlatego o tym piszę (w dyskusji nią wywołanej, znalazło się nawet parę wpisów na poziomie, autorstwa obu stron). Pewnie nie zatrzymałabym się dłużej nad tym, gdyby nie "zdobiąca" ją grafika, mocno obrażająca uczucia religijne, moje, ale myślę, że również każdej osoby wierzącej i poparcie wyrażone, przez ogólnie szanowane przeze mnie, niby otwarte na inne poglądy, osoby. I wiecie co? Smutno mi... po prostu... smutno mi, że ta nasza tolerancja taka wybiórcza...

środa, 11 marca 2015

"Od Beskidu wiosna idzie, już ją czuć..."

Wiecie co? Fajne mam życie!!! 
Krótki wniosek z wczorajszego wypadu nad Wisłę. Tak po prostu, bez efektów specjalnych.
Otacza mnie sporo osób, które nie irytuje uśmiech na mej twarzy i trochę mniejsze grono przyjaciół zawsze stojących za mną murem. Czasem się gubię, trochę błądzę i nabijam siniaki obijając się o
drzewa, ale wciąż stać mnie na marzenia i kolejne próby ich realizacji. Nie wiem kim będę za rok, czasem nie poznaję osoby, którą byłam rok temu, ale niektóre rzeczy(?) pozostają stałe...



"Ja już prawie zapomniałem, Jano, jakie to jest ważne,

Żeby się ludzie nawzajem słuchali.

Od Beskidu wiosna idzie, już ją czuć,
Chociaż góry otulone w biały puch.
Obudź się, jeszcze wszystko możesz zmienić,
Głowę trzymaj wysoko w chmurach, nogi twardo na ziemi.

Tak sobie stoimy, Jano, w biegu rozmawiamy,
Nie mam nawet czasu, żeby Cię odwiedzić...
Szczęście, że zostało, Jano, jeszcze kilka marzeń,
Wierzę, przyjdzie czas, uda się je spełnić..."
/Słodki Całus Od Buby/



Jak tępym trzeba być by słuchać na fulla, na głośnikach, kiepskiej muzyki?
Naprawdę obsługa słuchawek jest tak trudna,
czy to jednak samobójcza próba wyzwolenia agresji u innych?