poniedziałek, 30 listopada 2015

Orientuj się

Czyli mapa w łapki i do lasu...
Po dość dołującym zmaganiu z brakiem zainteresowania ze strony znanych mi ludzi udało się w końcu :) Wieczorem 21 listopada dotarliśmy w piątkę do bazy V Nocnych Manewrów SKPB. Dostaliśmy mapy, kartę na punkty i wyruszyliśmy w mrok. Początkowo pogada straszyła, pozorując deszcz, ale na szczęście udało się ją namówić do współpracy. Lekka mżawka, która towarzyszyła nam na starcie ustała, a zimno jak na końcówkę listopada również nie było zbyt dokuczliwe. Oczywiście po mistrzowsku udało się nam wpakować w maliny zaraz za pierwszym punktem, a chwilę później zgubić się kompletnie, ale po jakichś dwóch godzinach z niewielkim hakiem odnaleźliśmy się na mapie i potem poszło już z górki :)  

Trzy punkty przyszło nam ominąć w walce z czasem, w trzech trafiliśmy w punkty stowarzyszone, ale pomimo tego i niezbyt obiecującego początku, udało się nam zająć 20 pozycję wśród 50 zespołów startujących na trasie Beskidzkiej 1. Więc choć jest nad czym pracować w kwestii orientacji w lesie to jestem bardzo zadowolona, że:
a) Udało się nam nie zginąć.
b) Udało się nam trafić na metę.
c) Nie byliśmy ostatni ani na mecie, ani na liście wyników.
No i najważniejsze:  rewelacyjnie bawiliśmy się szukając kolejnych punktów wśród drzew.
Później na mecie można było ogrzać się przy ognisku, a rano na każdego kto wytrwał do zakończenia zawodów czekała nagroda.
I choć były to moje pierwsze zawody na orientację i trochę się obawiałam nocnego lasu to mam nadzieję, że nie będą one ostatnimi. Tylko niestety zapowiada się, że będę musiała znów borykać się z niemałym problemem przy zbieraniu drużyny. 

A tak wyglądamy po nocy w lesie, gdy udaje się nam znaleźć kawałek przytulnej podłogi :)

wtorek, 3 listopada 2015

Mistrz prokrastynacji - ja

Po tak długiej przerwie strasznie ciężko było mi się zabrać za ten post. Odkładałam go tak z dnia na dzień i nie wyglądało to wesoło, ale na szczęście mam WAS - ludzi, którzy krzyczą na mnie w takich momentach i mobilizują do działania, jak nie prośbą to groźbą. A różnych rzeczy do opisania się nazbierało... I wspomnień i z teraźniejszości, ale po kolei...
Żeby to miało jakieś ręce i nogi to teraz podsumuję krótko wakacje. Żal byłoby mi je całkowicie pominąć milczeniem i przejść do tego co teraz wokół mnie i we mnie.
Bo były to wakacje bardzo intensywne :) Nie ograniczały mnie żadne praktyki, a praca poza paroma dniami w malinach też się jakoś nie przypałętała. Korzystałam więc na maksa z wielką radością i ku kompletnej rozpaczy mojego konta :P Łapiąc każdy dzień przekuwałam je w kolejne cudowne wspomnienia, a one z kolei przekuwały mnie. 
I tak się to jakoś ułożyło, że w każdym miesiącu trafił się, poza krótkimi wypadami, jakiś większy wyjazd:

W lipcu wylądowałam na Bałtyku:
Ze Świnoujścia na Bornholn, Kopenhagę i z powrotem do Polski w siedem dni (11-18 VII)


Czasem walka z falą i wiatrem w przechyłach, czasem leniwe 
ranki z flautą i przy kartach (ale jak widać na zdjęciach z mocną przewagą opcji pierwszej, chroniąc się sztormiakiem przed podmuchami - wiatr nam dopisywał). Zawsze w tym całkowitym poczuciu wolności, które ładuje na maksa akumulatory człowiekowi. Kilka nocy w przytulnych i spokojnych portach, czasem dla odmiany na morzu wypatrując światła kolejnych boi.
Uwielbiam to opisywane w dziesiątkach szant uczucie, gdy stoi się za kołem sterowym, mając kilkadziesiąt metrów wody pod stopami, a żagle wypełnia podmuch. Nagle słowa Szanty stają się rzeczywistością i przy pełnym takielunku rzucamy się na wiatr :) Byle tylko brzeg, czy latarnie były w odpowiedniej odległości :P. 
Brakowało mi trochę wachtowej dyscypliny z zeszłego roku, ale chyba tylko mi...


Sierpień (1-8 VIII) także pod znakiem żagli, choć w całkiem innych klimatach i przy zupełnie innej pogodzie.
Mówiąc najkrócej: Mazury z Nexusem.

 Słońce nie dawało nawet chwili wytchnienia, prażąc niemiłosiernie i skutecznie odstraszając wiatr. Pływało się więc baarrddzzo spokojnie, trzeba było podchodzić czasem na silniku by dotrzeć gdziekolwiek, ale jak na pierwszy raz z funkcją kapitana, nie odbierałam tego jako  tak straszną wadę, jak byłoby to w innych warunkach. Dostałam nawet taką cudowną czapkę, jak widać na zdjęciu obok :). Piekielnie wysoka temperatura nieraz spychała nas z łódek do wody, gdzie choć na chwilę można się było schłodzić. Jak zwykle były szanty i długie wieczory przy ogniskach, na łódkach lub w portach. Po prostu pozytywny czas z pozytywnymi ludźmi. Na luzie bo... JESTEŚMY NA WAKACJACH!!!
Wady? Mój spory brak umiejętności, który nie tylko mnie narażał na niepotrzebny stres i jak dla mnie troszkę za mało dziko, ale to kolejna motywacja :)   

Wrzesień (14-20 IX) dla odmiany na południu kraju, w Tatrach, a dokładniej w Małym Cichym na Integralu DA Freta 10. 


To chyba przed tym wyjazdem stresowałam się najbardziej. A to, że nie znam nikogo, a to, że nie wiem w sumie czego się spodziewać (czy umierania na grani, czy siedzenia w schronisku i wypatrywania oczu, że ja chcę iść w te góry, które są tak blisko). Oczywiście szybko okazało się, że wszystkie te obawy były niepotrzebne :) Jako, że była nas cała 26, więc podzieliliśmy się na grupy chodzące w zależności od kondycji i pragnień. Było więc parę podejść, przepiękne widoki i w ogóle cała magia tatr łącznie z szarlotką w dolinie chochołowskiej (tak mocno skrótowo: były Wiktorówki z Gęsią Szyją, Dolina Chochołowska z Trzydniowiańskim Wierchem , Dolina Pięciu Stawów i Morskie Oko, Hala Gąsienicowa z Karbem) ale jednocześnie wieczorem nie padałam na twarz, tylko siadaliśmy do planszówek. I kolejne długie godziny zlatywały nam w luźnej atmosferze przy kartach, pionkach i kostkach. Wszystko oczywiście przeplatane licznymi rozmowami. 




Oczywiście poza tymi dłuższymi wyjazdami wcale nie siedziałam w domu, tylko na przykład w...


...KOPALNI.

No właśnie zwiedziłam kopalnię w Tarnowskich Górach, obóz w Auschwitz, czy też wybywałam na jednodniowe wypady w góry. 

Już tradycyjnie odwiedziłam także Polcon. Niestety jechałam sama i choć poznałam sporo osób to specyfika dyżuru gżdacza pod telefonem średnio sprzyjała integracji.