Żeby to miało jakieś ręce i nogi to teraz podsumuję krótko wakacje. Żal byłoby mi je całkowicie pominąć milczeniem i przejść do tego co teraz wokół mnie i we mnie.
Bo były to wakacje bardzo intensywne :) Nie ograniczały mnie żadne praktyki, a praca poza paroma dniami w malinach też się jakoś nie przypałętała. Korzystałam więc na maksa z wielką radością i ku kompletnej rozpaczy mojego konta :P Łapiąc każdy dzień przekuwałam je w kolejne cudowne wspomnienia, a one z kolei przekuwały mnie.
I tak się to jakoś ułożyło, że w każdym miesiącu trafił się, poza krótkimi wypadami, jakiś większy wyjazd:
W lipcu wylądowałam na Bałtyku:
Ze Świnoujścia na Bornholn, Kopenhagę i z powrotem do Polski w siedem dni (11-18 VII)
Czasem walka z falą i wiatrem w przechyłach, czasem leniwe
ranki z flautą i przy kartach (ale jak widać na zdjęciach z mocną przewagą opcji pierwszej, chroniąc się sztormiakiem przed podmuchami - wiatr nam dopisywał). Zawsze w tym całkowitym poczuciu wolności, które ładuje na maksa akumulatory człowiekowi. Kilka nocy w przytulnych i spokojnych portach, czasem dla odmiany na morzu wypatrując światła kolejnych boi.
Uwielbiam to opisywane w dziesiątkach szant uczucie, gdy stoi się za kołem sterowym, mając kilkadziesiąt metrów wody pod stopami, a żagle wypełnia podmuch. Nagle słowa Szanty stają się rzeczywistością i przy pełnym takielunku rzucamy się na wiatr :) Byle tylko brzeg, czy latarnie były w odpowiedniej odległości :P.
Brakowało mi trochę wachtowej dyscypliny z zeszłego roku, ale chyba tylko mi...
Sierpień (1-8 VIII) także pod znakiem żagli, choć w całkiem innych klimatach i przy zupełnie innej pogodzie.
Mówiąc najkrócej: Mazury z Nexusem.
Słońce nie dawało nawet chwili wytchnienia, prażąc niemiłosiernie i skutecznie odstraszając wiatr. Pływało się więc baarrddzzo spokojnie, trzeba było podchodzić czasem na silniku by dotrzeć gdziekolwiek, ale jak na pierwszy raz z funkcją kapitana, nie odbierałam tego jako tak straszną wadę, jak byłoby to w innych warunkach. Dostałam nawet taką cudowną czapkę, jak widać na zdjęciu obok :). Piekielnie wysoka temperatura nieraz spychała nas z łódek do wody, gdzie choć na chwilę można się było schłodzić. Jak zwykle były szanty i długie wieczory przy ogniskach, na łódkach lub w portach. Po prostu pozytywny czas z pozytywnymi ludźmi. Na luzie bo... JESTEŚMY NA WAKACJACH!!!
Wady? Mój spory brak umiejętności, który nie tylko mnie narażał na niepotrzebny stres i jak dla mnie troszkę za mało dziko, ale to kolejna motywacja :)
Wrzesień (14-20 IX) dla odmiany na południu kraju, w Tatrach, a dokładniej w Małym Cichym na Integralu DA Freta 10.
To chyba przed tym wyjazdem stresowałam się najbardziej. A to, że nie znam nikogo, a to, że nie wiem w sumie czego się spodziewać (czy umierania na grani, czy siedzenia w schronisku i wypatrywania oczu, że ja chcę iść w te góry, które są tak blisko). Oczywiście szybko okazało się, że wszystkie te obawy były niepotrzebne :) Jako, że była nas cała 26, więc podzieliliśmy się na grupy chodzące w zależności od kondycji i pragnień. Było więc parę podejść, przepiękne widoki i w ogóle cała magia tatr łącznie z szarlotką w dolinie chochołowskiej (tak mocno skrótowo: były Wiktorówki z Gęsią Szyją, Dolina Chochołowska z Trzydniowiańskim Wierchem , Dolina Pięciu Stawów i Morskie Oko, Hala Gąsienicowa z Karbem) ale jednocześnie wieczorem nie padałam na twarz, tylko siadaliśmy do planszówek. I kolejne długie godziny zlatywały nam w luźnej atmosferze przy kartach, pionkach i kostkach. Wszystko oczywiście przeplatane licznymi rozmowami.
Oczywiście poza tymi dłuższymi wyjazdami wcale nie siedziałam w domu, tylko na przykład w...
...KOPALNI.
No właśnie zwiedziłam kopalnię w Tarnowskich Górach, obóz w Auschwitz, czy też wybywałam na jednodniowe wypady w góry.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz